W Manili
spotykamy na lotnisku Felixa, z którym jedziemy do hotelu.
Tym razem mieszkamy w dzielnicy Ermita – w
pulsującym
życiem
centrum Manili.

Nasz
hotel ma jedenaście
pięter
i na początku
dostajemy pokój bez okna na trzecim piętrze.
Wiele eleganckich hoteli w dużych
azjatyckich metropoliach wstawia mur zamiast szyby w
pokojach położonych
na niższych
piętrach
ze względu
na zwartą
zabudowę
oraz
hałas
uliczny. Prostestujemy i dostajemy pokój na jedenastym
piętrze
z widokiem na zatokę.
Hotel jest położony
tak dogodnie,
że w
ciągu
kilku minut jesteśmy
w ogromnym centrum zakupowym oraz w wielu knajpkach.
W ostatni pełny
dzień
w Manili
zwiedzamy Intarmuros – stare miasto. Spacerkiem
przechodzimy przez słynny
Rizal Park, który niezbyt nam się
podoba i
nie robi
żadnego
wrażenia.
Same Intarmuros są
jednak
bardzo sympatyczne. Jak sama nazwa wskazuje stare miasto
otoczone jest murami obronnymi wybudowanymi jeszcze przez
Hiszpanów. Zaliczamy najsłynniejsze
zabytki: kościół
św.
Augustyna z urokliwym klasztorem i ogrodem,
katedrę
oraz
fort obronny.

W
katedrze lądujemy
akurat na koniec
ślubu i
podziwiamy gości
oraz podstarzałą
młodą
parę.

Po
pół
dnia
zwiedzania mamy dość
i
wracamy do hotelu, by po południu
rzucić
się
w wir
zakupów. Jesteśmy
pod wrażeniem
architektury centrum, wyboru towarów, restauracji,
obsługi
i oczywiście
absolutnie niskich cen. Kilka razy musimy
chodzić
do
hotelu by odłożyć
zakupy.
W supermarkecie przypadkiem trafiamy na Adama i umawiamy
się
na wypad
do jego knajpki. Nie możemy
wyjść
z
podziwu,
że takie
spotkania możliwe
są
w
szesnastomilionowym mieście!
W ostatni dzień
mamy
tylko trochę
czasu na
zakupy owocowo-spożywcze
zanim
łapiemy
taksówkę
na
lotnisko. Przykro nam opuszczać
Filipiny.
To piękny
kraj i na pewno tu jeszcze wrócimy.