Po
południu
wybieramy się
do
wioski położonej
na brzegu. Gdy tylko wysiadamy z dingi, wszyscy
mieszkańcy
opuszczają
domy i
się
nam
przyglądają.
A dzieciarnia idzie za nami krok w krok.
Okazuję
się,
że wioska
jest maleńka,
a główna
droga to wąska
ścieżka
wijąca
się
miedzy
drewnianymi domami, ozdobionymi obrazkami Jezusa i Marii.

W drodze
powrotnej na TABOO III widzimy dwie małe
łódki
cumujące
przy TABOO III i ludzie kręcących
się
na tyle
jachtu. Gdy docieramy okazuje się,
że to
dwóch Filipińczyków
z mnóstwem naboi i bronią,
podających
się
za
policję.
Koniecznie chcą
sprawdzić
nasze
papiery i dowiedzieć
się
co tam
robimy. Na szczęście
udaje nam się
ich
dość
szybko
spławić,
mimo
że
sprawiają
wrażenie
będących
na rauszu, niekoniecznie alkoholowym.
Przenosimy się
w inne
miejsce, gdzie ponownie wybieramy się
na
ląd.
Wolfgang chce wejść
na
pobliską
górę,
by zrobić
kilka
zdjęć
zatoki.
Na górę
jednak
nie dochodzimy. Po przejściu
przez małą
wioskę
w
palmowym gaju trafiamy na boisko szkoły
średniej,
w której właśnie
odbywa się
festiwal
literacko – muzyczny, polegający
głównie
na karaokee. Trzeba tu dodać,
że
Filipińczycy
to naród kochający
muzykę
i
śpiew. W
każdej
najmniejszej wiosce jest bar z karaokee,
większość
mieszkańców
ma sprzęt
do karaokee w domu, a w telewizji jest przynajmniej kilka
kanałów,
które puszczają
teledyski
z podpisami, a Filipińczycy
namiętnie
do nich
śpiewają.
Ponieważ
uczestnicy
festiwalu szkolnego właśnie
mają
przerwę,
przysiadamy w pobliskim barze. Jedynym zimnym napojem,
który samotnie leży
w
lodówce, jest litrowa pepsi, którą
kupujemy.
Gdy siedzimy na
ławeczce
pod barem, otacza nas cała
szkolna dziatwa, a w barze oczywiście
trwa karaokee. Właścicielka
usilnie próbuje namówić
mnie
do
śpiewu,
ale na szczęście
dla uszu mieszkańców
nie udaje się
jej. W
drodze powrotnej trafiamy na plantację
palm
kokosowych i wspinamy się
trochę
pod
górkę,
dzięki
czemu udaje nam się
pstryknąć
kilka
zdjęć
zatoki z
TABOO III w tle.
