Następnego
dnia chcieliśmy
się
dostać
do
Arches National Park i nocować
na
tamtejszym kempingu. Niestety sztuka ta ponownie
się
nam nie
udała,
mimo
że
dotarliśmy
do parku dość
wcześnie.
Tak więc
odwiedziliśmy
tylko visitor center, w którym od razu
zapisaliśmy
się
na
wycieczkę,
prowadzoną
przez
jednego z rangerów przez Fiery Furnace –
jedną
z
parkowych formacji, niedostępną
dla osób
wędrujących
samodzielnie. Fiery Furnace to plątanina
ogromnych skał,
w których skryte są
gdzie
niegdzie słynne
łuki.
Jednak nie ma tam wody i
łatwo sie
zgubić
w tym
labiryncie

Zanim
wybraliśmy
się
na
zwiedzanie parku, postanowiliśmy
zatroszczyć
się
o
miejsce kempingowe ze względu
na zbliżający
się
weekend.
Mieliśmy
szczęście
znaleźć
pięknie
położony
kamping, tuż
nad
brzegiem Colorado, w jej dolinie, otoczonej stromymi,
wysokimi skałami.
Po zarezerwowaniu miejsca od razu
wróciliśmy
do parku. By wjechać
na teren
parku trzeba pokonać
dwieście
metrów drogą
wijącą
się
po
stromym zboczu. Pozostawiwszy serpentyny za
sobą,
znaleźliśmy
się
na
płaskowyżu,
obejmującym
wszystkie atrakcje parku. Pierwszą
z nich
są
ogromne
bloki skalne przypominające
swoją
formą
budynki
czy wręcz
postaci. Otrzymały
one też
odpowiednie
nazwy, np. 5th Avenue czy Courthouse Towers
(Wieże
Sądowe).

Mi one przypominały
raczej trzech króli ale myślę,
że
każdemu
fantazja podpowiada coś
innego.
Następny
punkt widokowy to miejsce, w którym znajduje
się
tzw.
balanced rock, czyli dużych
rozmiarów skała
osadzona na o wiele mniejszej. Patrząc
na nią
ma
się
wrażenie,
że lada
chwila może
spaść.
My jednak chcieliśmy
wreszcie widzieć
łuki.
Następny
punkt widokowy miał
nam
dostarczyć
oczekiwanych
atrakcji. Krótki szlak prowadził
do
dwóch
łuków,
położonych
obok siebie i nazwanych South i North Window. Obok nich
był
jeszcze
jeden, z daleka niewidoczny
łuk –
Turret Arch. Po drugiej stronie parkingu szlak
prowadził
do
Double Arch – miejsca, w którym dwa
łuki
ułożone
są
nad
sobą.
Nam jednak było
wciąż
mało
łuków,
więc
wyruszyliśmy
w dalszą
drogę
przez
płaskowyż
pokryty
skamieniałymi
wydmami. Droga zaczęła
nam się
już
dłużyć
i
byliśmy
coraz bardziej rozczarowani parkiem. Po drodze
minęliśmy
Fiery Furnace, który mieliśmy
zwiedzać
dnia
następnego
oraz punkt z widokiem na Delicate Arch.
Muszę
przyznać,
że z
daleka ten podobno najpiękniejszy
łuk parku
rozczarował.
Wreszcie dojechaliśmy
do końca
drogi parkowej, gdzie mieścił
się
kemping
i rozpoczynał
szlak do
największego
łuku –
Landscape Arch. Na początku
trzeba przejść
przez
pionowo ustawione bolki skalne nazwane Devil Garden
(Diabelski Ogród). Potem szlak prowadzi obok dwóch innych
nieciekawych
łuków
aż
dociera
do Landscape Arch. Niesety od czasu gdy w latach
osiemdziesiątych
duża
część
tego
łuku
się
obsuneła,
nie można
wchodzić
na
skały
leżące
pod nim. Nie była
to najlepsza pora dnia na zdjęcia,
gdyż
łuk
był
zacieniony
i właściwie
nie robił
wielkiego
wrażenia.
Micha, zmęczony
upałem,
wrócił
do auta
a ja postanowiłam
podejść
pięknym
szlakiem, wiodącym
zboczem skały
do dwóch innych
łuków –
Mojave Arch: ukrywającego
za sobą
mała
jaskinię
oraz
Partition Arch, przez który rozpościera
sie wspaniały
widok na okolicę,
gdyż
położony
on jest dość
wysoko.

Po tej wędrówce
nadszedł
czas na
opuszczenie parku. Zanim jednak wróciliśmy
na nasz kemping, pojechaliśmy
do Moab. Po pustynnych regionach, Moab to prawdziwa oaza –
jest to symptyczne miasteczko z chodnikami!, knajpkami i
niezliczoną
ilością
biur,
organizujących
wyprawy na rowerach górskich lub jeepami.
Większość
terenów
wkoło
Moab oraz tych, należących
do parku Canyonlands, pokryta jest siecią
nieutwardzonych
dróg, które można
pokonać
tylko
samochodem terenowym z napędem
na cztery koła.
Spacerując
po Moab zdecydowaliśmy
się
na
wynajęcie
jeepa. Ponieważ
na
następny
dzień
zaplanowaliśmy
wycieczkę
z
rangerem, postanowiliśmy
zostać
w Moab
dzień
dłużej
i wybrać
się
na
wyprawę
jeepem w
niedzielę.
Po tym wyczerpującym
dniu szybko poszliśmy
spać
zwłaszcza,
że
nastepnęgo
dnia już
o 10:00
zaczynała
się
wycieczka.
O dziwo udało
nam się
dotrzeć
na czas
i nawet zjeść
śniadanie.
Wycieczkę
prowadziła
pani ranger. Na początku
opowiadała
o historii parku i rodzajach skał.
Dosyć
długo
szliśmy
wśród
luźno
rozrzuconych bloków sklanych i
dowiadywaliśmy
się
ciekawych
rzeczy na temat flory i fauny parku. My jednak
cały
czas czekaliśmy
na obiecane atrakcje, czyli wspinaczki w
plątninie
skał
i nad
szczelinami. Faktycznie po jakimś
czasie
zagłębiliśmy
sie w Fiery Furnace czyli płonący
piec. Miejsce to nazwane zostało
tak ze względu
na skały,
które w
świetle
zachodzącego
słońca
przybierają
czerwoną
barwę
i
wyglądają
jakby
płonęły.
Tam też
ranger
wyjaśniła
nam, gdzie się
podziało
te ponad dwa tysiące
łuków, z
których słynie
park. Okazało
się,
że
szczelina skalna otrzymuje miano
łuku, gdy
prześwit
wynosi w obojętnie
którą
stronę
przynajmniej
jeden metr. W ten sposób mogliśmy
zobaczyć
łuki,
których nigdy byśmy
jako takich nie zidentyfikowali, bo były
to na przykład
wąskie
szczeliny skalne, tuż
przy
brzegu uskoku. Muszę
jednak
przyznać,
że po
drodze widzieliśmy
też
kilka
pięknych
łuków jak
na przykład
Surprise Arch czy Twin Arch.

W
końcu
też
dotarliśmy
do tych podobno stromych i skomplikowanych
przejść,
które okazały
się
trudne
tylko dla starszych Amerykanów. Ale
rzeczywiście
szlak był
interesujący
i widowiskowy i nie
żałowaliśmy,
że
zdecydoaliśmy
się
na
tą
wyprawę.
W międzyczasie
mieliśmy
też
już
nową
ksywkę
na
Amerykanów. Otóż
po
niemiecku popularnie nazywani są
oni
określeniem
„Amis” – my natmoiast użylismy
niemieckiego słowa,
okręślającego
hałas
„Lärm“ i ochrzciliśmy
ich Lärmis. Ten naród niestety nie jest w stanie
porozumiewac się
cicho
i
śmialiśmy
się,
że
wszyscy Amerykanie mają
w krtani
tubę.
Szczególnie dokuczliwe jest to na takich
właśnie
wędrówkach
w górach.
Tymczasem my, zachęceni
przez innych turystów, postanowiliśmy
się
jednak
wybrać
na
wspinaczkę
do
Delicate Arch, który dzień
wcześniej
widzieliśmy
z daleka. Początkowo
szlak prowadził
po
stosunkowo płaskim
terenie. Wkrótce jednak trzeba było
wspiąć
się
na
stromą,
nagą
skałę
w
popołudniowym
upale. Gdy pokonaliśmy
większość
skały
Micha niestety uznał,
że nie ma
siły
na dalszą
wspinaczkę
więc
postanowiłam
iść
sama.
Szlak
wciąż
prowadził
po skale
ale nie był
już
tak
stromy. Po dość
długiej
i wyczerpującej
wędrówce
dotarłam
do wykutej na zboczu skały
ścieżki.
Na końcu
ścieżki
całkiem
niespodziewanie, za zakrętem,
pojawił
się
Delicate
Arch. Muszę
przyznać,
że robi
niesamowie wrażenie.
To chyba jedyny wolno stojący
łuk w
parku. Stoi on w otoczeniu skał
a za nim
rozpościera
się
przepaść.
Gdy siedziałam
i podziwiałam
łuk nagle
dotarł
też
Micha.
Było
jednak tak gorąco,
że nie
spędziliśmy
zbyt dużo
czasu na skałach
lecz wyruszyliśmy
w drogę
powrotną.
To już
były
nasze ostatnie chwile w parku, następnego
dnia czekała
nas przygoda na drogach Canyonlands.