Los Angeles

Już w recepcji Micha odkrył, że istnieje możliwość bezpośredniego zadzwonienia do wypożyczalni samochodów. Ponieważ zwiedzanie naszym olbrzymem było praktycznie niemożliwe od razu zadzwoniliśmy i zamówiliśmy na następny dzień auto. Micha tylko nie mógł dowiedzieć się jakie, jedno było pewne na pewno nie wieśniacki Ford Mustang, który mu zaproponowano. Później wybraliśmy się na spacer po plaży – ja koniecznie musiałam wejść do lodowatej wody.



A wieczorem czekało nas niezbyt spektakularne zajęcie – pranie! Następnego ranka zostaliśmy odebrani przez przedstawiciela wypożyczalni. Na szczęście nie dostaliśmy żadnego Mustanga ani Lincolna tylko elegnackiego Mercury i mogliśmy spokojnie wyruszyć do L.A. Najpierw jechaliśmy wzdłuż wzbrzeża, aż do Santa Monica. Od tego momentu byliśmy w aglomeracji i ja więcej czasu spędzałam na studiowaniu mapy niż na obserwacji okolicy. Wpierw dotarliśmy do Beverly Hills. Muszę przyznać, że tyle rezydencji na raz w życiu nie widziałam. Przy obsadzonych palmami uliczkach stoją domy w przeróżnych stylach architektonicznych. Mieszkańców nie widać, tylko meksykańskich robotników i ogrodników. Gdy już napatrzyliśmy się na rezydencje pięknych i bogatych, wyruszyliśmy do Hollywood. Samo Hollywood nie robi zbyt pozytywnego wrażenia, znane z telewizji Hollywood to właściwie jedna ulica ze słynnymi gwiazdami na chodniku.

10040013


Przy niej mieści się też premierowe kino Chinese Theater oraz oskarowy Kodak Theater. Przed Chinese Thetare są właśnie odciski rąk i stóp giwazd. Ale nie aż tyle, jak się spodziewałam. Reszta ulicy to setki sklepów z pamiątkami, w większości wątpliwej jakości i wyprodukowanych w Azji. Tam odkryliśmy, że będąc w Beverly Hills nie zaliczyliśmy najważniejszej ulicy – słynnego Rodeo Drive. Rodeo Drive – to ulica z samymi eleganckimi butikami znanych projektantów mody, której część jest nie dopuszczona do ruchu i wystylizowana na przeciętna europejską ulicę zakupową – z ławeczkami, kwiatami, latarniami itd. Naszym następnym celem było centrum Los Angeles. By tam dotrzeć musieliśmy przejechać między innymi przez slumsy – niewyobrażalne na czym ludzie potrafią spać! Wreszcie gdy dotarliśmy do centrum, zdecydowaliśmy się tylko na przejażdżkę wśród wieżowców aż do Chinatown.



Jakoś nie mieliśmy ochoty na bieganie wśród pustych ulic. Naszym ostatnim celem było wybrzeże na południe od L.A., gdzie mieszczą się ogromne porty i wiele przystani dla jachtów. Już w San Pedro odkryliśmy marinę z mnóstwem jachtów i katamaranów, które skrupulatnie pooglądaliśmy. Przed zapadnięciem zmierzchu wybraliśmy się jeszcze w kierunku Long Beach, gdzie stoi zacumowany okręt Queen Mary, zbudowany na wzór Titanica. Niestety tego wieczora odbywało się tam Halloween-Party (początek października!) dla nastolatków i nie udało nam się zobaczyć statku z bliska. Wkrótce też zapadł zmierzch, a my wróciliśmy do Malibu. Następnego dnia nie chcieliśmy już wracać do molochu wielkiego miasta i wybraliśmy się na północ, wzdłuż wybrzeża Pacyfiku. Przez większość czasu mieliśmy po lewej stronie ocean a po prawej góry, po dotarciu do pierwszych miast – Port Hueneme i Oxnard - trafiliśmy na wielkie pola uprawne. Naszym ostatnim celem była Ventura. To sympatyczne miasteczko z wieloma sklepami z antykami, z ratuszem i chodnikami! Dalej już nie jechaliśmy ze względu na ograniczoną ilość kilometrów do wykorzystania, no i już późną porę. Po pustynnych upałach było nam też dość chłodno.